Jaka szkoła: publiczna czy niepubliczna?

Strona główna » Temat » Jaka szkoła: publiczna czy niepubliczna?

Strona główna Działy Dyskusja ogólna Kawiarenka Jaka szkoła: publiczna czy niepubliczna?

Przedstawiamy1 wpisów (z17 całości)
  • Autor
    Wpisy
  • #3162

    Dla moich dzieci wybrałam niepubliczną szkołę podstawową, bo wydawało mi się, że tam jest lepsza opieka i indywidualizacja podejścia do ucznia. W tym roku musiałam przepisać dzieci do publicznej szkoły podstawowej i muszę przyznać, że różnice są niewielkie.
    Jaką szkołę wybieracie/wybraliście dla swoich dzieci i dlaczego?

    #3891

    Moje dzieci chodzą do szkoły publicznej. Wprawdzie jest dużo uczniów, którzy mają problemy w nauce i nauczyciele nie podchodzą w sposób zindywidualizowany do swoich wychowanków, ale uważam, że wpływa to pozytywnie na moje dzieci. Uczą się tolerancji, pracowitości i wiedzą, że na sukces należy porządnie zapracować.

    #3899

    Obie moje córki ukończyły społeczną podstawówkę, społeczne gimnazjum i publiczne liceum. Z perspektywy czasu oceniam, że był to dobry wybór drogi edukacyjnej, tym niemniej tytułowy dylemat dotyczy ciągle kolejnych roczników… rodziców.
    Kilka lat temu „popełniłem” krótki poradnik „Jak wybrać szkołę dla swojego dziecka?”, a w nim zawarłem odpowiedź na pytanie: „Publiczna, czy niepubliczna?. Poniżej zamieszczam fragment tego opracowania – długi, ale skracanie pozbawiłoby go sensu. Swoją drogą ciekawi mnie, w Twoim konkretnym przypadku, w czym szkoła publiczna była taka sama (lub lepsza) niż niepubliczna, a w czym ją jednak przewyższała, choćby niewiele.

    Ma swoją rację internauta sądząc, że w szkole publicznej dziecko może „nauczyć się życia i zgrania z rówieśnikami”, i ma swoją rację rodzic, który płaci czesne w nadziei uzyskania większej kontroli nad tą „nauką”. [/i]

    #3900

    Pisząc o niewielkich różnicach, miałam na myśli głównie program i poziom nauczania oraz brak anonimowości, który wynikał z tego, że trafiliśmy na niewielką szkołę publiczną. Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie o wiele gorzej. Zapisując dzieci do szkoły niepublicznej kierowałam się głównie takimi argumentami jak: zajęcia pozalekcyjne, małe klasy, dobrzy nauczyciele (niestety wielu z nich takimi nie było… a jeżeli byli to długo nie pozostawali w tej szkole) oraz j. angielski. Szkoła nie była dobrze zarządzana, co wiedzieliśmy od początku, ale nie mieliśmy odwagi jej zmienić mimo usilnych próśb dzieci…Uważam, że szkoły niepubliczne świetnie się sprawdzają do ok. 3 klasy. Później dzieci potrzebują szerszego grona znajomych, lepszych warunków sportowych, współzawodnictwa z innymi szkołami, więcej wolnego czasu i zajęcia pozalekcyjne własnego wyboru (np. moi synowie interesowali się piłką nożną, a w szkole niepublicznej nie było takich zajęć)

    #3901

    Twój ostatni post potwierdza tylko, że nie ma (i chyba nie może być)jednoznacznej odpowiedzi na tytułowe pytanie wątku, bo odbiór szkoły i tego, co ona oferuje jest subiektywny. Zależy od tego, czego oczekuje rodzic, tego, na co idą pieniądze z czesnego i tego, co ma do zaoferowania szkoła. Muszę przyznać, że sam się zastanawiam, jakim cudem niektóre placówki niepubliczne jeszcze w Warszawie j25kcjonują, skoro w istocie niewiele różnią się od publicznych, ot, starają się być „bardziej”, jak w anegdocie:
    „- Czym różni się wróbelek?
    – Tym, że ma jedną nóżkę bardziej jak drugą.”
    Jednakowoż uogólnienie, że dzieci powyżej trzeciej klasy potrzebują „szerszego grona znajomych, lepszych warunków sportowych, współzawodnictwa z innymi szkołami” nie przekonuje mnie. Są duże szkoły niepubliczne, w których krąg znajomych jest rozległy, warunki sportowe też nie w każdej są złe, a jeśli chodzi o współzawodnictwo z innymi szkołami, to niepubliczne zazwyczaj chyba nawet bardziej się w to angażują.
    Myślę, że prawdziwym problemem wielu szkół niepublicznych jest nijakość. Dzisiaj wszyscy oferują „wysoki poziom nauczania” (cokolwiek to oznacza – bo ja nie wiem), skutecznego uczenia języków obcych (z tym już łatwiej), indywidualizacji (ha, to dopiero jest słowo-wytrych!). Więc po co płacić za coś, co oferują wszyscy? A jeżeli już klient płaci, to ma własną wizję spełnienia tych oczekiwań, do której w dzisiejszych czasach bardzo trudno doskoczyć.
    Mnie nigdy nie interesowało robienie tego samego, co inni, nawet lepiej. Szkoła niepubliczna dała mi unikalną szansę robienia czegoś oryginalnego. I mam poczucie satysfakcji, choć szkoła, którą kieruję jest o eony odległa od lansowanej dzisiaj wizji dobrej placówki.
    Przede wszystkim uczymy dzieci, że to od nich przede wszystkim zależy to, ile i czego się nauczą. Nauczyciel tylko pomaga. Udział w konkursach ograniczamy do absolutnego minimum. Liczba lekcji obowiązkowych jest dokładnie taka sama jak w szkole publicznej, a godziny do dyspozycji dyrektora wykorzystane są na dodatkową godzinę wychowawczą, plastykę, technikę, muzykę, a nie na dodatkowe lekcje polskiego czy matematyki. Pieniądze z czesnego służą, między innymi temu, aby żadna przerwa międzylekcyjna nie była krótsza niż 15 minut, a najdłuższa trwała aż godzinę – w ten sposób codziennie mamy 120 minut na budowanie życia społecznego. Za pieniądze z czesnego zatrudniamy wychowawców – na osobnych etatach (3 osoby), aby byli w szkole ludzie patrzący na dzieci trochę inaczej niż jak na uczniów. No i nie mamy (na razie) ani jednej tablicy multimedialnej!
    To o czym napisałem (i jeszcze trochę innych pomysłów) wystarcza, aby zapełnić wszystkie miejsca i żeby nikt z rodziców, poza przypadkami losowymi, nie uważał za wskazane zabrania dziecka po trzeciej klasie.
    Choćbym nie wiem jak się starał, w realiach szkoły publicznej nie mógłbym zrealizować większości innowacji, na które przyzwolenie (i pieniądze) dali rodzice w szkole społecznej. Takich szkół – z oryginalnym programem działania – jest w Warszawie więcej. Może po prostu miałaś trochę pecha w swoim wyborze?

    #3902

    Zgadza się. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. I to bardzo zależy od szkoły. My nie mieliśmy szczęścia 🙁 a wybraliśmy tę szkołę, bo była najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Nasza szkoła okazała się nieudolną i nastawioną na zysk firmą. Chęć przypodobania się jednym rodzicom i ignorancja drugich to rzecz niewybaczalna. Dziecko i uczeń to pozycja drugoplanowa.
    Ja też się zastanawiam, jak niektóre placówki niepubliczne jeszcze j25kcjonują. Wg mnie rodzice późno reagują i nie mają narzędzi kontroli. Wystarczy im, że dziecko w miarę dobrze się uczy, ma dużo zajęć z j. angielskiego i nie narzeka, bo ma fajnych kolegów w klasie. Ciekawi mnie, czy jest jakiś organ nadzorujący szkoły niepubliczne i sprawdzający ich jakość, sposób zarządzania, ekonomikę działania, ofertę pozalekcyjną, etc. Kuratorium, z tego co wiem, umywa ręce od wszystkich problemów. Ważne jest tylko, żeby szkoły trzymały się programu, a o to chyba nie jest trudno…

    #3903

    To, co nazywasz „chęcią przypodobania się jednym rodzicom” ktoś inny nazwie „liczeniem się ze zdaniem rodziców”. „Ignorancja drugich”, to może być „nie uleganie oszołomom”. Kierowanie szkołą, zresztą także publiczną, to ciągłe lawirowanie pomiędzy często sprzecznymi oczekiwaniami różnych ludzi. Poziom nieufności w społeczeństwie mamy tak wielki, że każdą rzecz, której nie rozumiemy, jesteśmy gotowi nieżyczliwie skomentować. Ponieważ wielokrotnie zdarzyło mi się spotkać rodziców bijących się w piersi z pytaniem: „A co szkoła zrobiła w tej sprawie?” (w domyśle – nic), mam opracowany nawet pewien algorytm wyjaśniania co szkoła robi, kiedy nic nie robi;) .
    Żadne kuratorium, ani inna instytucja nie mają mocy sprawczej, by stwierdzić, że jakaś szkoła jest zła – o ile nie dzieją się w niej zdarzenia bezprawne. A jeśli dziecko „w miarę dobrze się uczy, ma dużo zajęć z j. angielskiego i nie narzeka”, to ja nie widzę, co jakakolwiek kontrola miałaby tutaj do zrobienia. Niewidzialna ręka rynku powinna zrobić swoje, a jeżeli nie robi, to dlatego, że jednak ktoś jest z tej szkoły zadowolony i ktoś za nią płaci. Paradoksalnie – bardziej bezkarne w stosunku do popełnianych błędów są szkoły publiczne, bo im chętnych raczej nie zabraknie (choćby z tytułu rejonizacji).
    Myślę, że przemawia przez Ciebie żal, ale rozważ, na spokojnie, czy istnieje sensowny powód, dla którego ktokolwiek miałby urzędowo kontrolować ofertę pozalekcyjną szkoły niepublicznej?! Za którą ludzie płacą, dobrowolnie przecież! Taki organ musiałby najpierw zamknąć 30% szkół publicznych, w których oferty pozalekcyjnej nie ma w ogóle, bo nie ma pieniędzy. Takie rozumowanie prowadzi na manowce.
    Sześćdziesiąt procent nowych uczniów w naszej szkole mamy z powodu „polecenia szkoły przez znajomych” – tak wyszło w badaniu ankietowym. Dobrą szkołę zawsze ludzie będą sobie polecać, złą – odradzać. I kiedyś szkoły publiczne będą już na tyle dobre, że najgorsze niepubliczne padną. Ale kiedy? Nie wiem. Minister Giertych tak wystraszył społeczeństwo, że chętnych do szkół niepublicznych, nawet marnych, pewnie jeszcze długo nie zabraknie.
    Na marginesie napiszę, że istnieje, moim zdaniem, duża sprzeczność, pomiędzy postulowanym zewsząd „uspołecznieniem oświaty”, a potrzebą, by kadra kierownicza szkół potrafiła tworzyć ciekawe, nowatorskie wizje i mogła wprowadzać je w życie. W dobie, kiedy każdy zna się na edukacji lepiej od nauczyciela, niełatwo jest znaleźć w sobie siłę, aby robić coś oryginalnego. A w relacjach nauczyciele-rodzice bardzo brakuje elementarnego szacunku. Co opiszę na koniec przykładem z własnego doświadczenia. Otóż rozmawiałem niedawno z rodzicami, którzy chcieli przenieść syna do mojej szkoły. Zapytałem, co wiedzą o szkole, na co usłyszałem: „Wiemy, że dyrektor jest tutaj kompletnie niereformowalny”.
    Byłem dzielny i oko mi nie drgnęło, bo to miał być komplement; uznanie dla mnie, że żadna presja ze strony rodziców nie jest w stanie wymusić na mnie działania, do którego nie jestem przekonany. Ale w duchu, jak to się mówi, szczęka mi opadła. Tak oto współcześnie klient komunikuje się z pokrytym siwizną i zasłużonym dyrektorem szkoły, za którą jest jeszcze gotów płacić. Ja chyba, z szacunku dla własnych pieniędzy, na jego miejscu ugryzłbym się w język.
    Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone nadmierne gadulswo, ale faknie jest pisać na forum, gdzie ludzie nie plują jadem i nie docinają sobie wzajemnie.

    #3904

    Nie da się ukryć, że przemawia przeze mnie żal. Ale jak tu nie być rozżalonym, skoro moje dziecko bardzo dobrze się uczy, dostaje nagrody za najlepsze wyniki nie tylko w klasie, ale i w szkole, uczestniczy w konkursach, angażuje się w życie szkolne i zostaje w ciągu dwóch dni usunięte ze szkoły za jeden incydent. Nie było żadnych wcześniejszych upomnień, uwag, czy wezwań rodziców do szkoły. Szkoła publiczna tak by tego nie załatwiła – bo jest obowiązek szkolny itd. (wiem, bo rozmawiałam z kuratorium). Szkoła niepubliczna – może. I to „może” daje chyba dość dużą swobodę. Oczywiście statut szkoły jest tak skonstruowany, że pozostawia szerokie pole dowolności. To było po prostu „niekulturalne zachowanie się” za co zgodnie ze statutem szkolnym można zostać skreślonym z listy uczniów.
    Z naszej byłej szkoły została też usunięta dziewczynka z zespołem aspergera pomimo dobrych wyników w nauce. Też bez żadnych wcześniejszych ostrzeżeń czy uwag…Po prostu w pewnej chwili przestała pasować dyrekcji (całkiem możliwe, że naciskanej przez innych bardziej wpływowych rodziców).
    Moim zdaniem, jeżeli szkoła niepubliczna jest źle zarządzana i ma nierozsądną dyrekcję, tworzy to duże pole do nadużyć. A na tym cierpią tylko dzieci, bo moje bardzo to przeżyło…Ta kontrola, czy nadzór o którym pisałam, powinny dotyczyć właśnie takich sytuacji kryzysowych, a usunięcie dziecka ze szkoły to bardzo poważna sprawa.
    Zgadzam się z prawem rynku i wierzę, że rodzice sobie wzajemnie polecają, ale te Twoje 40% przychodzi pewnie dlatego, że jest to najbliższa szkoła względem miejsca zamieszkania i dlatego, że chce, żeby jego dziecko nie przebywało bezproduktywnie na świetlicy i było „zadbane”. Trzeba pokonać ogromną barierę psychiczną, żeby wysłać dziecko z przedszkola, w którym zajmują się nim od rana do wieczora do szkoły publicznej, gdzie są 3-4 lekcje dziennie, a potem trzeba coś z tym dzieckiem zrobić. Jak oboje rodzice pracują, to sprawa się dodatkowo komplikuje. Zapłacenie z opiekunkę i dowozy na zajęcia dodatkowe pewnie równa się czesnemu szkoły. Więc wybór staje się oczywisty.
    Ja też tak wybrałam i potem nie zmieniłam szkoły, mimo że miałam uwagi typu: nauczyciele zmieniający się co roku (lub jeszcze częściej), brak obiecanego basenu, j. niemiecki zamiast obiecanego j. francuskiego, uboga oferta zajęć pozalekcyjnych dla dzieci pow. 4 kl., itd. Nie zmieniłam, bo nie chciałam dzieci przenosić do innego środowiska i po prostu nadal bałam się tej szkoły publicznej. A tu okazało się, że nie ma się czego bać…
    I znów wracamy do naszego wspólnego wniosku, czyli „to zależy”. I publiczna i niepubliczna szkoła może być bardzo dobra.
    Czy mogę mieć pytanie? – możesz oczywiście nie odpowiedzieć 🙂
    Czy w ciągu Twojej pracy w szkole niepublicznej zdarzyło Ci się usunąć ucznia i z jakich powodów?
    Może rzeczywiście jestem rodziciem-pieniaczem i powinnam się pogodzić i nie drążyć więcej…

    #3906

    Nie opisujesz dokładnie całej sytuacji swojego dziecka, więc trudno mi się wypowiedzieć, co do słuszności decyzji dyrekcji szkoły. Faktem jest, że statuty szkół niepublicznych pisane są z premedytacją tak, by w razie potrzeby usunięcie ucznia nie było trudne, i jest to odruch instynktu samozachowawczego. Każda szkoła ma w swojej historii dzieci i/lub rodziców, którzy dali się jej we znaki. Z drugiej strony wiem też o wielu przypadkach, gdy część rodziców wywierała presję na dyrekcję lub właściciela, aby usunąć jakiegoś ucznia utrudniającego życie ich dzieciom. I choć serce mi mówi, że takim zakusom należy się z założenia przeciwstawiać, rozum dyktuje kilka „ale”. Na przykład, z punktu widzenia właściciela szkoły prywatnej zagrożenie dla jego biznesu, związane z odejściem większej grupy niezadowolonych, będzie wystarczającym powodem usunięcia kłopotliwego dziecka. Co właścicielowi po biznesie, który padnie? Być może odbierzesz to, co napisałem, jako cyniczne, ale tak wyglądają realia.
    Statut mojej szkoły także zawiera bardzo elastyczne klauzule, umożliwiające usunięcie ucznia. Tyle tylko, że istnieje tryb odwoławczy od takiej decyzji do Zarządu Koła STO, które jest organem prowadzącym Szkołę. Zarząd tworzą rodzice, więc, teoretycznie, może on być bardziej skłonny do przyjęcia punktu widzenia rodzica dziecka usuwanego ze szkoły, niż dyrektora.
    W praktyce raz zdarzyło mi się usunąć i to dwóch uczniów na raz. Jeden z nich przeszedł u nas całą podstawówkę, drugi przyszedł z zewnątrz, a obaj musieli odejść w pierwszej klasie gimnazjum. „Nasz” uczeń miał bardzo burzliwe sześć lat w szkole podstawowej, drugi przyszedł z marnym świadectwem i obaj zostali przyjęci do gimnazjum warunkowo (jest w statucie taka konstrukcja). Warunku dotyczącego zachowania nie spełnili, więc musieli odejść. Była to trudna decyzja, bo tego długoletniego ucznia bardzo lubiłem i lubię do dzisiaj (zagląda czasami do szkoły i jeżeli chowa urazę, to nie pokazuje tego po sobie), ale był to pierwszy rok istnienia naszego gimnazjum i na szali był jego prestiż i szacunek dla przyjętych założeń ze strony innych dzieci i ich rodziców.
    Mam też sporo doświadczeń wskazujących, że daleko idąca wyrozumiałość może okazać się „strzałem w dziesiątkę”. Naprzeciw mojego biurka wisi na ścianie list absolwenta z drugiego rocznika naszych uczniów (kończył jeszcze ósmą klasę, przed reformą gimnazjalną), który po wielu latach napisał do mnie (cytuję z pamięci): „Chciałem Panu podziękować za to, że gdy w pełni zasługiwałem, by wyrzucić mnie ze szkoły, Pan dał mi jeszcze jedną szansę. Myślę, że dzięki temu jestem dzisiaj lepszym człowiekiem”. To dla mnie taki nauczycielski odpowiednik Krzyża Zasługi.
    Pamiętam też chłopaka, który chciał sprawdzić, czy wata, którą uszczelniliśmy okna na zimę dobrze się pali i okazało się, że świetnie, a przy okazji framuga, zasłony i wykładzina na podłodze. Dostał sporą pokutę, ale w szkole pozostał. Mniej więcej dziesięć lat później przyszedł akurat w porze jakiegoś zebrania, i po przywitaniu się ze mną pochwalił się, że właśnie studiuje pedagogikę.
    Ancymonów w historii szkoły było więcej, ale że „Wychowanie, to ciągłe wybaczanie”, wszyscy oni szkołę ukończyli, a niektórych nawet lepiej i dłużej chowamy w pamięci niż skądinąd naprawdę wspaniałych, wzorowych uczniów.
    Kończąc – jeśli czujesz, że w sprawie twojego dziecka spotkała je krzywda, możesz próbować dochodzić w sądzie odszkodowania od właściciela szkoły. Osobiście uważam, że nie warto. Tym bardziej, że dla twojego dziecka ten temat powinien już być definitywnie zamknięty. Cieszcie się razem zadowoleniem ze szkoły publicznej. I już.

    #3907

    To trochę brutalne, co piszesz: „z punktu widzenia właściciela szkoły prywatnej zagrożenie dla jego biznesu, związane z odejściem większej grupy niezadowolonych, będzie wystarczającym powodem usunięcia kłopotliwego dziecka”. Moje dziecko nie sprawiało żadnego kłopotu do chwili tego incydentu, którego nie opiszę w szczegółach ze względu na dobro dzieci (nie tylko mojego dziecka). Ale „business is business” i to jest jedna z negatywnych cech szkół niepublicznych. Nie dziecko jest na pierwszym miejscu a ekonomiczne przetrwanie szkoły. Wyrzucićmy dziecko, a inni rodzice się uspokoją i nie będzie problemu.
    Z drugiej strony mój syn pewnie też podziękowałby Pani Dyrektor za wyrzucenie, bo w nowej szkole jest mu o wiele lepiej, ale bynajmniej nie byłby to Krzyż Zasługi 🙁
    Bardzo podoba mi się hasło „wychowanie to ciągłe wybaczanie”. Myślę, że jedną z obowiązkowych cech pedagoga, wychowawcy i rodzica, powinna być umiejętność doprowadzenia do sytuacji „win-win”. Przecież sytuacje kryzysowe są po to, żeby się uczyć. Przy rozwiązaniu, które zastosowała nasza pani dyrektor chyba jednak nie było żadnego win. Nasz syn stracił zaufanie do nauczycieli, nikt nie uwierzył w jego wersję. Dziecko „poszkodowane” już teraz wie jak można manipulować słowami i jaką mają moc. Rodzice dziecka „poszkodowanego” mogą dalej usuwać inne dzieci stojące na drodze jego dziecka – wystarczy napisać odpowiednie pismo i postraszyć. Inne dzieci pozostałe w klasie – zupełnie nie wiedzą jak się zachować, szczególnie, że dziecko „poszkodowane” jest w pewnym sensie niebezpieczne…
    Nie chcę dochodzić w sądzie, choć nadal trudno mi się pogodzić z taką sytuacją. A mój syn… mimo naszych z mężem przekonywań i rozmów, wybrał już publiczne gimnazjum…

    #3908

    Rozumiem przyczynę Twojej urazy, do której jako matka masz prawo, wręcz niezależnie od istoty samego wydarzenia. Z drugiej strony zastanawiam się, dlaczego (jeśli dobrze zrozumiałem) staraliście się z mężem namówić syna na niepubliczne gimnazjum („mimo naszych (…) przekonywań i rozmów”). Tak czy inaczej, jeżeli wybrał sam, to nie przyjdzie za rok narzekać na los, jaki zgotowali mu rodzice. Myślę, że będzie mu dobrze w samodzielnie wybranym gimnazjum.
    A wracając do rozważań bardziej ogólnych, to uważam, że przeciwstawienie „dobro dziecka” i „ekonomiczne przetrwanie” jest trochę nie fair. Upadek szkoły z powodów ekonomicznych dotknie wszystkich jej uczniów, czyli także ugodzi w ich dobro. Kierując szkołą, której żaden dobry wujek nie da środków na przetrwanie, cały czas muszę pamiętać o ekonomii. Jeżeli udaje mi się czynić to niepostrzeżenie dla uczniów i ich rodziców, tym lepiej. Ale problem ekonomii, to także problem lojalności rodziców jako klientów, która wcale nie jest granitowa. Wielu potrzebuje ciągłego potwierdzania, że w zamian za opłatę otrzymują to, czego chcą. Każdy może w każdej chwili odejść, a z problemem (ekonomicznym) zostaję ja. Każdy chce być piękny, mądry, zdrowy, bogaty i młody. Czyli, aby była indywidualizacja, gwarancja dobrego wyniku egzaminów, język obcy, a jeszcze lepiej dwa lub trzy na bardzo wysokim poziomie, poczucie, że dzieci „się uczą”, no i oczywiście miła atmosfera. Jednakże atmosfera natychmiast przestaje być miła, jeżeli szkoła formułuje jakieś oczekiwania, nawet jeśli są one podyktowane, no właśnie, indywidualnym podejściem do ucznia lub potrzebami dydaktyki.
    Bardzo chciałbym, aby szkoły niepubliczne były przepojonymi misją placówkami wprowadzającymi w życie piękne, oryginalne i niepowtarzalne pomysły pedagogiczne. Ale mnie osobiście zarówno władze oświatowe, jak organ prowadzący i ogół rodziców nie pozwalają ani na chwię zapomnieć, że w gruncie rzeczy jestem po prostu zwykłym usługodawcą.

    #3909

    Namawialiśmy naszego syna do niepublicznego gimnazjum, gdyż uważamy, że jest to najbardziej niebezpieczny okres w rozwoju dziecka i należy tutaj szczególnie zadbać o „dobre warunki” tj. np. małe klasy, lepszą ochronę dzieci. Obawiam się buntu, przedwczesnej chęci spróbowania dorosłego życia, chęci zaimponowania kolegom, głupst, które mogą przyjść do głowy i towarzystwa. Niewielkie środowisko szkoły niepublicznej wg mnie mogłoby trochę osłabić moje obawy. Więc to nie jest tak, że jestem przeciwna szkołom niepublicznym, jestem bardzo za, ale za szkołami z „misją”.
    Prawdę mówiąc, jestem przeciwna reformie gimnazjalnej, wyrzuceniu dzieci z ich naturalnego środowiska w trudnym, początkowym okresie dojrzewania i umieszczeniu ich albo w molochach gimnazjalnych (bo jak nazwać szkołę w której klas pierwszych gimnazjalnych jest 10?) lub „gimnazjo-liceach”. Dodatkowo przyśpiesza się wybór szkoły i zazwyczaj dzieci wybierają szkołę spoza rejonu, a lepszą, bo potem muszą się dostać do dobrego liceum. Myślę, że założę kolejny wątek na forum dotyczący reformy gimnazjalnej. Bardzo jestem ciekawa Twojej opinii.

    #4527

    Miasto ok. 120 tys. Niewielki wybór szkół podstawowych niepublicznych, jedna prywatna (nie stać mnie), jednak katolicka (to samo plus światopogląd), trzy niepubliczne, niepłatne, kiedyś publiczne szkoły uratowane przed zamknięciem. W swojej decyzji dot. mojego sześciolatka postawiłam więc na szkołę publiczną: dobra kadra, dobry wybór podręcznika, zajęcia dodatkowe, parę innych zalet. Pozornie wszystko dobrze. Niestety: zamiast obiecanych trzech klas po 20 osób stały się dwie po 30. W sąsiedniej szkole to samo plus dzieci chodzące na zmiany. I tym to sposobem miasto zmusiło mnie do wyboru szkoły niepublicznej, gdzie w klasie 15 osób, żadnego chodzenia na zmiany, dobra opieka dla malucha etc. I to było to kryterium wyboru, nigdy nie przypuszczałam, że będzie decydujące. Pozdrawiam Was! Beata

    #4981

    Tak sobie myślę, ja chodziłam do publicznej i na opiekę nie narzekałam. Teraz młodzież jest coraz gorsza i chyba lepiej zastanowić się nad niepubliczną szkołą 😉

    #4982

    Hej dziewczyny!
    Tak sobie myślę, ja chodziłam do publicznej i na opiekę nie narzekałam. Teraz młodzież jest coraz gorsza i chyba lepiej zastanowić się nad niepubliczną szkołą 😉

Przedstawiamy1 wpisów (z17 całości)
  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.