Egzaminy naszych dzieci

Strona główna » Temat » Egzaminy naszych dzieci

Strona główna Działy Dyskusja ogólna Kawiarenka Egzaminy naszych dzieci

Przedstawiamy1 wpisów (z7 całości)
  • Autor
    Wpisy
  • #3186

    Egzamin do zerówki, do pierwszej klasy (w niektórych renomowanych podstawówkach), sprawdziany kompetencyjne co roku, sprawdzian szóstoklasisty, egzamin językowo-kompetencyjny do gimnazjum (stosowany przez niektóre gimnazja publiczne i niepubliczne), egzamin gimnazjalny… Czy to nie za dużo dla naszych dzieci? Czy w dobrą stronę zmierza nasz system szkolnictwa? Jak uchronić nasze dzieci (i siebie!) przed stresem wynikającym z tych egzaminów?

    #3938

    Liczba egzaminów jest rosnąca i wytwarzająca coś w rodzaju syndromu znanego nam z pracy – czyli wyścigu szczurów. Mnie jednak nie tyle zastanawia nawet sama liczba egzaminów co ich charakter – czyli w dużej mierze testowy. Moja córka niedawno kończyła szóstą klasę i pamiętam, że cały rok nauczanie było nastawione na naukę rozwiązywania testów… z jednej strony oczywiście dobrze, że szkoła podeszła do tego praktycznie, ale z drugiej strony dzieci w niezmiernie ograniczonym stopniu rozwijały jakiekolwiek inne umiejętności poza zaznaczaniem A, B, C…

    Innym niezwykłym dla mnie odkryciem, było okrycie rozwijającej się prężnie na rynku oferty dla dzieci i młodzieży licealnej kursów … jak zdać egzaminy… ćwiczące techniki zdawania testów…

    Powstaje pytanie – czy Ministerstwo Edukacji widzi i podziela ten problemm że to nie jest najbardziej rozwijający system… czy też cieszy się, że nasza młodzież w zestawieniach międzynarodowych wypada teraz w testach lepiej…

    #3941

    Ministerstwo Edukacji nie widzi i nie podziela, bo testowy sposób mierzenia jakości w edukacji jest ucieleśnieniem urzędniczego ideału. Z tego powodu pracuje się nad dalszą rozbudową systemu. Już mamy trzydniowy egzamin gimnazjalny zamiast dwudniowego, lada moment język obcy będzie „egzaminowany” na dwóch poziomach, a w testach humanistycznym i przyrodniczym zostaną wydzielone poszczególne przedmioty.
    Podobno czeka nas rozdzielenie na przedmioty również sprawdzianu po klasie szóstej, a z pewnością niezadługo oficjalnego pomiaru kontrolnego za pomocą testów będzie się dokonywać najpierw po klasie trzeciej SP, a potem po każdym roku nauki. Wszystko w dążeniu do rzekomo obiektywnego śledzenia efektów nauczania w postaci tzw. edukacyjnej wartości dodanej.
    Testy „tłucze się”, bo system zmusza do tego nauczycieli. Jesteśmy (nauczyciele) obudowywani coraz większą liczbą wytycznych, a efekty naszej pracy ocenia się w praktyce tylko poprzez wyniki egzaminów.
    Osobiście jestem przygnębiony tym, co obserwuję w oświacie. Niestety, nie widzę nikogo i niczego, co dawałoby nadzieję na lepszą przyszłość. Jak ma być lepiej, jeżeli sami rodzice uczniów śledzą rankingi szkół, porównują liczby laureatów olimpiad i konkursów, i nie wytwarzają (w swojej masie) nawet cienia presji na system oświaty, aby ten kierował się w swoim działaniu dążeniem do czegoś więcej niż wąsko rozumiane nauczanie. Nawet szkoły społeczne, które kiedyś powołały, aby kreowały inny świat, bardziej przyjazny dziecku, i podbudowany takimi wartościami, jak współpraca, odpowiedzialność, dobro wspólne, ścigają się teraz, aby udowodnić, że lepiej uczą od innych. Co nie jest przesadnie trudne w warunkach, w jakich działają.
    Zabierając głos w debacie publicznej na temat obecnego stanu oświaty jako pierwszy kontrargument słyszę, że „pewnie jestem z PIS”, bo krytykuję to co robi Platforma. I tyle by było merytorycznej dyskusji.
    Niestety, ludzka głupota jest apolityczna.

    #3943

    Rodzice śledzą rankingi szkół ponieważ same szkoły się tym chwalą, a media to nagłaśniają. Obracam się w gronie osób, które właśnie stoją przed wyborem gimnazjum dla swojego dziecka. Bliskość szkoły wcale nie jest kryterium, które jest rozważane. Ważne jest przede wszystkim miejsce w rankingu i wynik szkoły w teście gimnazjalnym. Czy to jest 33 czy 38 – to ma baaardzo duże znaczenie. Może ograniczenie tej informacji byłoby jakimś rozwiązaniem…

    #3950

    Panie Dyrektorze, dziękuje bardzo za wielce otwartą i szczerą odpowiedz… Co nie zmienia faktu, że nie czuję się po niej lepiej…

    Pisze Pan o braku presji ze strony rodziców na system edukacji. Ja zawsze miałem wrażenie, że rodzice byli poza tym systemem i nikt się nigdy z rodzicami nie konsultował w tej sprawie. Nie chcę zrzucać z siebie, nas rodziców odpowiedzialnośći… Może i ma Pan rację, że rodzice powinni się bardziej włączać w te kwestie… wydawało mi się, że takie ruszenie pospolite było w kwestii obniżenia wieku szkolnego… i chyba nic z tego nie wyszło…

    Rozmawiałem niedawno z jednym z nauczycieli ze szkoły swoich dzieci, który ma bardzo podbne Panu spojrzenie na rzeczywistość… Co pozwala wysnuć wniosek, że pewnie takich pracowników oświaty jest więcej… Czy Państwa głos jest brany pod uwagę przy takich zmianach? Nie chce mi się wierzyć, aby Ministerstwo Edukacji wprowadzało zmiany bez konsultacji środowiskowych?

    #3954

    Wcale nie miałem zamiaru Pana pocieszać.
    Ma Pan rację, że próba rodzicielskiego przeciwdziałania posłaniu sześciolatków do szkoły spełzła (a właściwie jest w trakcie spełzania) na niczym. Choć przepraszam, nie do końca, bowiem gdyby nie te rodzicielskie protesty, to władze prawdopodobnie mniej energii włożyłyby w przygotowanie chociaż świetlic i placów zabaw.
    Kolejne projekty zmian w systemie oświaty wprowadzane są w sposób autorytatywny. Dyskusja społeczna jest transmisją władzy ministerialnej do mas. Na przykład, jako członek Społecznego Towarzystwa Oświatowego miałem możliwość wypowiedzenia się w sprawie projektu ustawy o systemie oceniania jakości edukacji. Czas, jaki otrzymałem do dyspozycji wynosił cztery dni. Ustawa ma 65 stron prawniczego żargonu.
    Najbardziej niepokoi mnie, że kolejne pomysły nie wynikają, moim zdaniem, z rzetelnych analiz naukowych, ale są przeniesieniem rozmaitych rozwiązań z krajów zachodniej Europy.

    Zmiany, jakie obecnie zachodzą w oświacie prowadzą do jej większego zbiurokratyzowania, a także do ogromnego wzrostu znaczenia pomiaru dydaktycznego. Obym się mylił, ale podejrzewam, że w niedługim czasie każde dziecko będzie od zarania swojej szkolnej kariery opisywane wynikami kolejnych testów, skrupulatnie odnotowywanymi w Systemie Informacji Oświatowej, którym świeżo uszczęśliwił nas Sejm (mimo protestów społecznych). Wynik testu jest miarą prostą jak konstrukcja cepa, a przez to łatwą w odbiorze dla rodziców i szalenie wygodną dla urzędników, marzących o wszechkontroli nad szkołami. Jest też wymarzonym tematem dla dziennikarzy – umożliwia bowiem łatwe porównywanie różnych placówek.
    Z punktu widzenia szkoły angażowanie się w działania inne niż naukowe staje się bezsensowne. Organizowanie życia społecznego szkoły jest czasochłonne, pracochłonne, zazwyczaj nie spotyka się ze zrozumieniem rodziców, którzy uznają je za stratę czasu tak potrzebnego na naukę matematyki, polskiego, czy angielskiego. Piątka z matematyki to piątka z matematyki, a uczenie dzieci, na przykład, wspólnego działania na rzecz innych, nie daje tak wymiernego efektu. My w edukacji ciągle inwestujemy w intelektualny rozwój jednostek, podczas gdy na Zachodzie zorientowano się już, że trzeba inwestować w kapitał społeczny.
    Z punktu widzenia przeciętnego nauczyciela prościej jest tłuc z dziećmi testy i zbierać laury za dobre wyniki, niż poświęcać czas na wszechstronne kształcenie, na którym w istocie nie zależy nawet rodzicom (bo najważniejszy jest wynik testu). Zresztą, kiedy to robić, jeśli szkoła, to praktycznie wyłącznie lekcje, a jeśli szkoła jest płatna, to za te pieniądze ładuje się w dzieci jeszcze więcej lekcji.

    Z przerażeniem obserwuję amok (nie waham się użyć tego słowa), jaki ogarnął rodziców w ostatnich latach. Kult podmiotowości dziecka, która nie pozwala na wpojenie mu prostych zasad dobrego wychowania, rozdrapywanie w atmosferze sensacji normalnych zjawisk zachodzących jak świat światem między dziećmi (ostatnio modny jest mobbing wśród 7-8-latków). Kompletna nieumiejętność stawiania granic. Brak zaufania do nauczycieli. Szkoły uciekają w marketing, pseudonowoczesność, górnolotne deklaracje, za którymi niewiele się kryje, w odruchu samoobrony. Jeżeli na trzysta rodzin w szkole jest dwieście pięćdziesiąt systemów wartości, to dla szkoły najbezpieczniej jest nie mieć żadnego, tylko uczyć, uczyć i uczyć… Stąd szkoły deklarują, na przykład, że pragną wychować człowieka „kochającego świat i ludzi” oraz „zjednoczonego ze światem”. To dokładnie nic nie znaczy, ale pięknie brzmi! Daje przykrywkę, pod którą kryje się głównie codzienna harówka w imię o pół punktu wyższej średniej na egzaminie. Aha, no i nie zapominajmy o olimpiadach i konkursach! Każde dziecko ma aspirować do laurów.

    Nie wierzę w możliwość zmiany tej sytuacji w obecnej konfiguracji politycznej. Zwracam uwagę, że partie kłócą się o wiele spraw, ale wokół oświaty dyskusja jest wątła. Jak zawsze tak naprawdę oświata mało kogo obchodzi.
    To, że poświęcam czas na pisanie postów na tym forum wynika z przekonania, że jedyną drogą, która daje nadzieję na zmianę (choć w odległej przyszłości) jest stopniowe budowanie wśród rodziców świadomości, że obecny stan systemu oświaty, nie jest ani jedynym możliwym, ani najlepszym z wielu.

    #3187

    W dzisiejszej Polityce ukazał się bardzo ciekawy artykuł „Ucz się pod klucz” autorstwa Joanny Podórskiej. Autorka pisze, że „całkowita kompromitacja testowej matury z polskiego dokonała się w 2008 r., gdy na prośbę „Dziennika” spróbowali ją zdać prof. Marcin Król i Antoni Libera. Oblali. Nie trafili w klucz ocen, który przewidywał, jakich słów dokładnie trzeba użyć, aby zdobyć punkty”.
    Smutne jest to, że nawet szkoły, które wdrażają inne, ciekawe, eksperymentalne metody nauczania w końcu muszą się i tak się dostosować i przygotować dzieci do zdawania testów.

Przedstawiamy1 wpisów (z7 całości)
  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.